Tatry: Kościelec i Skrajny Granat zimowo

Wypad okazał się dość spontaniczny co ostatnio często bywa:) W nawyku mam już rytuał wchodzenia codziennie rano na kamerki TOPR i śledzenie prognoz pogody w Tarach. Od kilku dni moją uwagę przyciągnęły dość optymistyczne prognozy pogody mówiące, że po opadach śniegu i dość silnym wietrze w Tatrach ma zawitać słońce. Prognozowano wstępnie na Niedziele/Poniedziałek jednak ostatecznie w Niedziele prognoza uległa zmianie sugerując: Wtorek, Środa. Oczywiście śledzenie różnego rodzaju serwisów, analizowanie zdjęć satelitarnych etc. sprawiło, że byłem 90% pewny, że taka pogoda powinna w te dni właśnie być (jeszcze trochę i zacznę przepowiadać pogodę:)) W tym roku też po raz pierwszy TOPR ogłosiło lawinową jedynkę od wysokości 1800 m, jednak miał być spory mróz, bezwietrznie co uznałem za dobre warunki bo śnieg powinien być dobrze związany. Już wiedziałem, że to są te dni, jak Bóg pozwoli, które chce spędzić w górach…W pracy rekonesans czy chłopaki z team-u będą mieli moce przerobowe abym mógł pójść na urlop oraz czy nie będzie żadnych przeciw wskazań by tak trochę na spontanie dzień wcześniej go zgłosić. Ku mojej radości i entuzjazmowi jest akceptacja więc już wiem, że: wtorek i środa należą tylko do mnie:)
Po pracy: pakowanie, zakupy, przygotowanie wypaśnego żarcia na wycieczkę (o którym jeszcze wspomnę w dalszej części) i rest bo rano wczesna pobudka. Poranek standard: dopakowywanie, śniadanie i w drogę..

W Brzezinach wysiadam z samochodu i witam mnie powiew mroźnego powietrza. Śnieg skrzypie pod nogami, ale gęba mi się śmieje bo jest ślicznie…Piękna zimowa aura: słońce, śnieg, błękit nieba…już wiem, że to będzie dobry dzień:)

Brzeziny parking i pusta zimowa droga.

Brzeziny parking i pusta zimowa droga.


Pozostaje przepakować rzeczy i w drogę bo czas nagli, a chciałbym tego samego dnia jeszcze zaliczyć jakiś szczyt. Zamykam samochód i tutaj następuję jedno z praw Murhphy’ego “Jeżeli myślisz, że idzie dobrze – na pewno nie wiesz wszystkiego”:) Samochód nie chcę się zamknąć! Próbuje na 10 różnych sposobów, ale cholera nic…Myślę sobie w duchu: “Panie Boże proszę Cię, żeby wreście zamek zadziałał i bym go zamknął bo tak zostawiać auto to kiepski pomysł na odludziu…” W sumie to nadal nic: 20 próba i moja irytacja rośnie…ale myśl druga: “Bóg Ci dał rozum więc go użyj, a nie szukaj gotowych rozwiązań!”:)

No dobra opcji mam kilka:

  • zostawić samochód otwarty – stwierdzam, że ostatecznie tak zrobię jak niczego nie wymyślę bo nie zrezygnuję teraz. Góry vs samochód wybór oczywisty:)
  • zostawić samochód otwarty, ale podjechać do Kuźnic tam przynajmniej większa cywilizacja…może na jakiejś stacji benzynowej…
  • próba naprawy?!?!

No dobra próbuje podjąć się opcji nr 3 bo tak bez walki nie odpuszczę:) Szukam skrzynki narzędziowej w bagażniku i….??? Jej brak zdecydowanie napawa optymizmem:) Nawet jednego małego, tyciego śrubokręta:) No dobra przecież będąc mały oglądało się wszystkie odcinki MacGyver-a i jako chłopiec chciało zbudować “helikopter z zapałek przy pomocy scyzoryka”:) Scyzoryk jest, helikoptera budować nie muszę spróbujemy… Kilkanaście minut grzebania, udaje mi się dostać gdzie chciałem i zlokalizować problem. Przy pomocy różnych pseudo narzędzi udaje mi się go nawet rozwiązać. Próba zamknięcia kończy się powodzeniem, a z moje męskie poczucie dumy rośnie:-)) Mógłbym w tym momencie przyjąć oklaski, gratulacje, zrobić małą “przypinkę”, ale na aplauz mogę liczyć jedynie ze swojej strony:) Jest radość, ale czasu przez to straciłem i palc u rąk od mrozu nie czuję…

Drzwi się teraz prezentują zdecydowanie ładniej:)

Wnętrze nabrało wyglądau:)

Kosmetykę już “olewam” i wyrywam w górę…Dziękuję Bogu, że się udało. Próbuję nadrobić stracony czas, ale czuję jakbym miał betonowe buty na sobie:) Mam wrażenie, że idzie mi ciężko i mozolnie…no ale powoli do przodu…Po drodze do schroniska of corse z 10 razy się przebieram: raz gorąco, innym razem zimno, ale w końcu łapię jakiś rytm i docieram do celu. Na zegarku blisko 11:00. Masakra co za godzina, a wyjechałem przed 06:00…Jestem mega głodny więc stwierdzam, że przynajmniej rzucę coś specjalnego i pysznego na ruszt i myknę jeszcze gdzieś do góry. W jadalni pustka, może z 2 osoby na sali…Ja wyciągam herbatkę i szperam w plecaku po jedzenie…Na początku spokojnie, a z czasem coraz bardziej nerwowo…Cholera żarcie zostawiłem w domu!! Świetnie!! Herbatą to sobie za bardzo nie pojem…No dobra bufet i zamawiam coś na szybko: hot-dog – yee mój szczyt marzeń i zdrowej diety!!:) No ale nic, byle żeby zapchać trochę głód i lecieć dalej…Co tu mogę zrobić jeszcze tego dnia?!?! Hmm Kościelec wydaje się sensownym wyborem…No to w drogę, już prawie lecę…

Dochodzę na Karb (1853m n.p.m.), gdzie witają mnie tabliczki i znaki:

IMG_9075.jpgIMG_9101.jpgIMG_9105.jpg
Ostrzeżenia straszą, ale zimą spadające kamienie raczej nie grożą. Większe niebezpieczeństwo to poślizgnąć się na “zbetonowanym” śniegu i zaliczyć “dupozjazd” nabierając przy tym niezłej prędkości bo jest gdzie…Dlatego uważam, że czekan to podstawa, aby móc ew. wyhamować…

Pora też wdziać raki i tak oto gotowy wyruszyć w drogę:

Gotowy na zdobycie Kościelca zimą!

Gotowy na zdobycie Kościelca zimą!

Do góry wspinaczka przebiega spokojnie. Mozolne zdobywanie wysokości szukając przy tym sensownej drogi bo szlak nie przetarty. W skupieniu wspinam się ku szczytowi, bo szlak momentami mocno zmrożony, a śnieg twardy co przy wywrotce grozi zjazdem – dlatego zachowuje czujność i czekan trzymam mocno w ręku gotowy na ewentualne hamowanie. Przed samym szczytem dwa newralgiczne miejsca, gdzie trzeba uważać. Może z 2 metrowy wspin na oblodzonej półce, gdzie o wygodę jest trudno i ciężko czegokolwiek złapać. Lot nie grozi śmiertelnemu upadkowi, ale krzywdę można sobie zrobić mając raki na nogach i gleba raczej nie byłaby miła. Klinuje czekan wbijając go mocno między wyrwę w skale i z lekką pomocą nóg podciągam się na czekanie (przy zejściu będzie trzeba uważać). Jeszcze przede mną wąziutki trawers z którego też nie chciałbym zlecieć więc pokonuję go w skupieniu i wreszcie wstaję na szczycie!!
Cały szczyt jest tylko dla mnie. Radość przeszywa moją duszę – czuję, że to są właśnie jedne z tych chwil dla których warto żyć:) Totalna wolność, oczyszczony umysł, liczy się tylko ta chwila…I love it!!:)

Przypomniał mi się cytat Petera Habeler-a:
“Góry są dla mnie nie tylko wyzwaniem. Są też miejscem, gdzie mogę się wyciszyć. Nawet jeśli opuszczam dom w złym nastroju, bo kołacze mi się po głowieć coś, z czym nie mogę sobie poradzić – kiedy tylko znajdę się na drodze i podążam w górę, opada ze mnie cały niepokój. Umysł staje się czysty. Idę na szczyt, a kiedy z niego wracam, jestem już innym człowiekiem”

Coś w tym jest…choć dla mnie chwile samotności w górach to dodatkowo najlepszy czas spędzony z Bogiem (of corse towarzystwo też bardzo lubię, ale od czasu do czasu dobrze zostać z myślami sam na sam:]). Właśnie wtedy jest mi najbliżej do relacji  – nawet jak zdarzają mi się ciche dni z Nim to tam jednak jest inaczej – to taki rodzaj gorącej linii:) Modlitwa, uwielbienie, cisza…podziwianie dzieł Jego…jakkolwiek…polecam, aby każdy znalazł swój sposób na spędzanie czasu z Nim…Bo moim zdaniem nie chodzi o to ile razy byłeś/byłaś w kościele…Ci co nie wierzą może nigdy nie poświęcili czasu, aby zgłębić temat i się nad tym zastanowić?! – to tak rzucam bardziej jako wyzwanie:)

No ale wracając do szczytu…chwila relaksu, zrobienia kilku zdjęć i siedzenia choć za długo to nie trwa bo mroźno, a wiaterek potęguje uczucie zimna…jeść też nie ma czego:], a trzeba jeszcze wracać…

G0022351.jpgG0022353.jpgIMG_9079.jpgIMG_9080.jpgIMG_9081.jpgIMG_9084.jpgIMG_9085.jpgIMG_9094.jpgIMG_9096.jpgIMG_9098.jpgIMG_9099.jpgIMG_9100.jpg

W drodze powrotnej podziwiam jeszcze okolice. Słońce ma się już ku zachodowi więc oświetla tylko końcówki wysokich szczytów.

Hala Gąsienicowa skąpana w cieniu. W tle po prawej rysuje się charakterystyczna sylwetka Kościelca.

Hala Gąsienicowa skąpana w cieniu. W tle po prawej rysuje się charakterystyczna sylwetka Kościelca.

Z racji iż dzień zaczął się ciężko i nie mam żadnego jedzenia funduję sobie jakiś wypaśny obiadek. Nie zwracam uwagi czy zdrowy czy nie byle, żeby był kaloryczny:-)) W ruch oprócz pomidorowej idzie kotlet po szwajcarsku:)

Kotlet po szwajcarsku w schronisku Murowaniec.

Kotlet po szwajcarsku w schronisku Murowaniec.

Reszta dnia mija leniwie i przyjemnie. Czytam książkę, słucham muzyki…Do mojej części pokoju 12 osobowego przychodzi Damian. Spoko człowiek. Wspólne zainteresowania sprawiają, że łapiemy szybko kontakt więc do późnego wieczora schodzi na rozmowach. Między innymi wspinaczka w różnych odmianach, wyjazdy wakacyjne i inne oraz przy okazji mogę posłuchać kogoś kto stosuje Paleo dietę w praktyce i skosztować szarlotki na mące gryczanej [(polecam :)] Oczywiście zostaję również namawiany, że koniecznie muszę się przeżucić na smartfona bo na pewno mi się zprzyda – coś w tym jest…:)

Next day przy śniadaniu za cel obieram Skrajny Granat, Damian Kościelec, który polecam. Na drogę dostaję kawałek szarlotki i połowę czekolady za co serdeczne dzięki, gdyż będzie cokolwiek do jedzenia, a słodkim w tej postaci nie pogardzę:)
Do czarnego stawu mamy okazję podejść wspólnie, a później każdy w swoją stronę….przybijając “żółwika” na szczęście i powodzenie:)

Czarny Staw Gąsienicowy o poranku.

Czarny Staw Gąsienicowy o poranku.

Szlakiem żółtym w kierunku Skrajnego toruję sobie drogę i próbuję ją wyznaczać, gdyż nikt tędy dawno nie szedł..Jestem chyba pierwszy, który wyznacza ślad na śniegu…Co lepsze nigdy na Skrajnym nie byłem więc tryb intuicji zostaje wystawiony na próbę:)
Pod właściwą ścianą, zaczyna się znów wysokogórska przygoda. Na początek na nerwy i pobudzenie czeka mnie 2-3 metrowy trawers po cieniutkiej zaśnieżonej półce (miejsce tylko na stopy). Po prawej stronie mam spadek 10 metrów w dół co nie działa na wyobraźnię optymistycznie. Strach lekko zagląda w oczy…potęguje go fakt, że jestem sam więc w razie kłopotów na pomoc nie mam co liczyć…W końcu go opanowuję i przezwyciężam sunąc powoli ostrożnym krokiem na przód. Skupiam się tylko na tym, aby raki dobrze wbiły się w podłoże…Nie mam za co złapać rękami więc trzeba zachować balans (z ciężkim plecakiem to nie takie proste). Udaje się przejść…Kilka metrów dalej na tarasie po którym idę, liczę, że śnieg nie wyjedzie mi z pod nóg bo inaczej znów mam wizję niezłego lotu…Taras zbyt wąski, aby wyhamować poślizg więc liczę, że śnieg jest dobrze związany. Reszta drogi przebiega już bez większych emocji…
Miałem w planie zrobić trawers Granatów, ale z racji czasu podejmuję decyzję o odwrocie, gdyż chciałbym na parking zdążyć jeszcze za dnia, a wygląda na to, że w tych warunkach czasowo się nie wyrobię:( Powrót tą samą drogą więc kilka atrakcji po drodze znów mnie spotyka:)

W drodze na Skrajny Granat:

G0012340.jpgG0012341.jpgG0032358.jpgG0032359.jpgG0032361.jpgIMG_9125.jpgIMG_9126.jpgIMG_9135.jpg

Do schroniska docieram jeszcze o sensownej porze. Przepakowuje szpej i odbieram z bagażowni to co zostawiłem. Spotykam jeszcze Damiana, który powrócił z Kościelca. Wymieniamy wrażenia, chwila pogaduchy oraz pamiętna fota:

Chłopaki po zdobyciu wyznaczonych celów:)

Chłopaki po zdobyciu wyznaczonych celów:)

Komu w drogę temu buty:) Z życzeniem sobie powodzenia ruszamy każdy w swoją stronę. Do parkingu droga mija przyjemnie, gdyż opuszczam góry z poczuciem spełnienia i satysfakcji. Moje autko wita mnie oszronione:

Wysłużone, kochane Volvo, które już trochę ze mną przeszło:)

Wysłużone, kochane Volvo, które już trochę ze mną przeszło:)

Przez chwilę jeszcze stres czy odpali po dwóch dniach na srogim mrozie, ale czyni to bez wahania (pewnie podejrzewa fakt, że chcę zamienić go na nowszy model więc jako staruszek stara się jeszcze pokazać klasę:]). Na do widzenia z głośników rozbrzmiewa utwór: Na Bani – Wędrujemy….dziękując Bogu za dwa rewelacyjnie spędzone dni, planuje w głowie już kolejne i wracam do codzienności, która też nie jest specjalnie zła:)

This entry was posted in góry.

One Comment

  1. Jacek 2015/11/27 at 11:01 am #

    Pieknie i ciekawie. A zdjęcia – marzenie!!!

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*